Skyfall – subiektywna recenzja 23. filmu z 007

Skyfall recenzja - Daniel Craig
  • Bond zawsze może, również w Skyfall nurkuje pod lodem bez hipotermii
  • Bond podlega M
  • Bond jest zawsze, w każdej sytuacji ubrany perfekcyjnie
  • Bond potrafi „przełamać” opór każdej kobiety
  • Bonda wspomagają gadżety od Q

Bond jest też ostatecznym koneserem. Wie choćby w jakiej temperaturze podawać Dom Pérignon, czy sake. Piszę o tym, gdyż żaden z tych elementów nie uległ nigdy zmianie (oprócz gadżetów Q, które zniknęły na chwilę w CR i QoS, z powodów, o których piszę poniżej). Warto pamiętać, że agent 007 to nie tylko martini wstrząśnięte, nie mieszane – że na mitologię tego bohatera składa się więcej elementów i brak jednego czy dwóch nie musi być od razu zdradą tego szablonu.

Zanim przejdę do właściwej recenzji Skyfall muszę jeszcze dodać, że trzy ostatnie filmy z serii to w istocie całkowite odświeżenie franczyzy Bonda. Podobnie, jak miało to miejsce w przypadku trylogii o Batmanie w wersji Christophera Nolana, która przewietrzyła i uczyniła mroczniejszą opowieść filmową o Mrocznym Rycerzu (w przeciwieństwie do zmierzających w kierunku przepaści przerysowania i groteski wersji Joela Shumachera), tak „trylogia” Casino Royale – Quantum of Solace – Skyfall służy niejako rozpoczęciu historii Bonda od nowa.

W tej nowej opowieści 007 jest prawdziwym mężczyzną, ze słabościami i uczuciami. W przeciwieństwie do wersji Rogera Moore’a, nowy Bond nie jest uśmiechniętą maszynką do zabijania i uwodzenia kobiet. Jest przez to prawdziwszy. W Casino Royale kocha, w Quantum of Solace pała żądzą zemsty, w Skyfall cierpi… Fizycznie, z powodu postrzału i związaną z nim utratą sprawności, ale i psychicznie z powodu utraty Matki, jaką była dla niego M. Bond Craiga jest bardziej rzeczywisty niż kiedykolwiek, mimo iż wciąż rzeczywisty nie jest (vide nurkowanie pod lodem).

Skyfall recenzja - kasyno BÉRÉNICE MARLOHE

Sam 23 film z serii przygód Jamesa Bonda to majtersztyk kina akcji. Każdy element znajduje się w nim na właściwym miejscu. Wspaniałe zdjęcia ozdabia niesamowicie dobra muzyka Thomasa Newmana (jakkolwiek utwór Skyfall wykonywany przez Adele sam w sobie nie przypadł mi do gustu, to w wejściówce całkiem nieźle się spisał). Postacie są wielowymiarowe i doskonale zagrane. Powiem więcej, gra Javiera Bardena, Ralpha Fiennesa, czy Naomie Harris dodaje wyszukanego smaku filmowi, który w teorii jest tylko filmem akcji.

Na koniec Skyfall idealnie domyka to, co rozpoczęło Casino Royale, dzięki czemu historia zatacza pełne koło i mamy z powrotem Q (również świetnie zagrana rola Bena Whishawa), nowego (szóstego, licząc nieoficjalne produkcje) M oraz nową (także szóstą, licząc nieoficjalne produkcje) Moneypenny. Agent 007 po wielu turbulencjach odnalazł się w nowej rzeczywistości, której nie definiuje już rywalizacja między USA a Związkiem Radzieckim z Imperium Brytyjskim pomiędzy nimi. W rzeczywistości, w której wróg nie jest już tak oczywisty i niełatwo go rozpoznać.

Zdecydowanie Skyfall polecam zarówno wieloletnim fanom Bonda, jak i zupełnie nowym (w tym przypadku warto przed seansem obejrzeć przynajmniej Casino Royale i Quantum of Solace).

Skyfall recenzja - Javier Bardem